Polski English

 

Syryjskie podróże

 

 

Pierwsza wyprawa do podnóża Dżabal asz-Szejch.

Początek listopada 1998 roku. Wieś Arna

 

 

Po prawie dwóch miesiącach pobytu w Syrii a głównie w Damaszku postanowiliśmy w gronie przyjaciół wybrać się w górzyste regiony Dżabal asz-Szejch. Rejon położony jest na granicy z Libanem oraz blisko pozycji wojsk ONZ na Golanie. Uwarunkowania te czynią to miejsce szczególnie dozorowanym przez Urząd Bezpieczeństwa Syrii. Po zarejestrowaniu się w odpowiednim urzędzie otrzymaliśmy przepustki umożliwiające jedno dniowy pobyt we wsi Arna oraz wspinanie się w okolice szczytu Dżabal asz-Szejch, ale tylko, jak się później okazało, w towarzystwie stacjonujących tam patroli wojsk syryjskich.

 

Od godziny 8 do 16 spacerowaliśmy po stokach imponującej góry podziwiając piękne widoki na jesienne kolory sadów jabłoni rozsianych po całej okolicy. Ostatni minibus w kierunku Damaszku o tej porze roku odjeżdżał ok. godziny 18 więc wróciliśmy dwie godziny wcześniej do Arna, żeby coś zjeść i w spokoju poczekać na transport. W pobliżu przystanku minibusów znajduje się sklep pana Michaiła, chrześcijanina o bardzo pogodnym usposobieniu. Poza podstawowymi artykułami spożywczymi oraz regionalnym winem można u niego zjeść falafla z dużą ilością świeżych warzyw. Jego sklep jest także dobrym punktem do obserwacji środowiska wsi i przeprowadzania rozmów z przechodzącymi obok tubylcami.

 

Młodzi ludzie ubrani normalnie, standardowo jak młodzież w Damaszku okazali się bardzo otwarci i sympatyczni. Często to oni zaczynali rozmowę zaciekawieni obecnością obcokrajowców. Starsi mieszkańcy wsi przyciągnęli moja uwagę oryginalnym ubiorem oraz szczególnie dostojnym zachowaniem. Wszyscy mężczyźni mieli wąsy, czasami także brodę, czarne ubrania i białe nakrycia głowy. Kobiety zaś oprócz czarnego ubioru nosiły jako stały element białe chusty okrywające głowę i szyje. Próbowałem robić zdjęcia, ale spotkało się to ze zdecydowanym sprzeciwem. Nie nalegałem wiedząc, że narażę się przez to na niechęć mieszkańców Arna a przecież wrócę tu niebawem aby dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczych ludziach w czerni, zamieszkujących górzyste regiony, zajmujących się uprawą tych pięknych sadów owocowych.

 

Pan Michaiła widząc moje zainteresowanie tubylcami na pożegnanie powiedział: „Wracajcie tu, kiedy chcecie, ja jestem chrześcijaninem a oni Druzami. Islam jest daleko.” Zdanie to bardzo zaintrygowało mnie i jeszcze bardziej pobudziło moją ciekawość o Druzów. W czasie drogi powrotnej do Damaszku zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrze zrozumiałem słowa pana Michaiła wypowiedziane w dialekcie syryjskim, którego w tym czasie jeszcze dobrze nie znałem.

 

 

Suwayda

 

 

W maju 1999 roku zostałem zaproszony przez młodego Druza imieniem Amin, lat 29, studiującego i pracującego w Damaszku do miasta Suwayda gdzie mieszka jego rodzina.

 

Do rodziców Amina przybyliśmy w czwartek w porze obiadu. Ojciec, lat 58, jest emerytowanym żołnierzem a matka, lat 50, nigdy nie pracowała poza domem. Mieszkają samotnie w bloku na obrzeżach miasta w mieszkaniu ok. 90 m2. Żyją na poziomie normalnej polskiej rodziny. Po obfitym posiłku złożonym ze zrazów baranich, warzyw i owoców ojciec Amina poczęstował mnie gorzką, mocną, tradycyjną arabską kawą. Na jego pytania o moje pochodzenie, rodzinę i zajęcie starałem się szeroko odpowiadać tak, aby zachęcić go do wyczerpujących odpowiedzi później, w trakcie mojego wywiadu. Gdy opowiadałem o rodzinie zdziwił się bardzo, że mój ojciec piastując takie stanowisko, a mając pochodzenie wiejskie, nie posiada ziemi, która to właśnie świadczy o statusie społecznym. Moje tłumaczenia o nieopłacalności produkcji rolnej w Polsce pozostawały całkowicie niezrozumiałe dla ojca Amina.

 

 

Wywiad z ojcem Amina:

 


Czy jest Pan po inicjacji w religii druzyjskiej?

Nie i nie chcę zajmować się sprawami religii.

 

Dlaczego?

Bo nie jest to niezbędne do życia na tym świecie.

 

Ale jest Pan Druzem?

Oczywiście! I moje córki urodzą mi druzyjskie wnuki.

 

Tzn.?

Wyszły za mąż za Druzów, jeden z nich jest po inicjacji.

 

Jaka jest różnica między nazwą Muwahhidun a Druzowie?

Nie ma żadnej.

 

Kto to był Darazi?

To był zły człowiek.

 

Dlaczego?

Musisz spytać ludzi religii.

 

Czy Druzowie mają jakieś szczególne cechy, znaki, symbole?

Ludzie, którzy wejdą do religii noszą czarne ubrania i białe nakrycia głowy. Starszyzna ubiera biało-czerwone laffiya.

 

W którym roku życia wchodzi się do religii druzyjskiej?

30, 40, są tacy, co inicjują się w wieku 60 lat. Wiek nie jest tu najważniejszy.

 

A co?

Chęć poznania tajemnic religijnych oraz dojrzałość do zachowania ich w tajemnicy.

 

A kobiety?

Kobiety mają równe prawa, także, jeżeli chodzi o religię.

 

Czy nikt nie namawiał Pana do inicjacji?

Nie, to jest prywatna sprawa każdego.

 

W książkach zachodnich naukowców przeczytałem, że dla Druzów al-Hakim - kalif egipski jest Bogiem.

W al-Hakimie przebywał Bóg.

 

Ale, czy był Bogiem?

Jak mówiłem nie uczestniczę w życiu religijnym.

 

Czy Druzowie są muzułmanami?

Druzowie to islam a Koran jest księgą uświęconą.

 

Druzowie to Arabowie?

Druzowie przybyli z Libanu.

 

Ale czy są Arabami?

Tak (wstał i przyniósł dwie książki o historii Dżabal al-Arab). Druzowie zawsze byli waleczni przelewając krew za arabską ojczyznę.

 

Pan był wojskowym, co Pan sądzi o oficerach druzyjskich w armii Izraela?

Druzowie są wszędzie, zamieszkują każdy kraj na kuli ziemskiej. Wszędzie dbają, aby być dobrymi obywatelami. W Izraelu problem oficerów druzyjskich jest minimalny. Jest natomiast prawdą, iż młodzi Druzowie muszą służyć w tamtejszym wojsku obowiązkowo.

 

W trakcie rozmowy zadzwonił telefon. Starsza siostra Amina komunikuje, ze w przyszłym tygodniu przyleci z Argentyny. Mieszka tam z rodziną od 10 lat. Amin zaproponował spacer po mieście i odwiedziny jego drugiej siostry.  

 

Suwayda jest miastem spokojnym, przyjemnym, ale sprawia wrażenie nie kończącej się budowy. Z jednej strony widzimy ruiny zabytków a z drugiej niedokończone domy, które, jak się wydaje, stanowią 85% zabudowań miasta. Dom rodziny siostry Amina posiada trzy pełne kondygnacje i, o dziwo, jest zbudowany do końca. Zostajemy zaproszeni do izby gościnnej, schludnej, ok. 45 m2, wyposażonej tylko w siedziska, stolik, na ścianach wiszą zdjęcia przodków. Siostra jest osoba miłą i otwartą. Mówi trochę po francusku. Skończyła szkołę średnią. Ma dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Przychodzi do nas babcia przynosząc kawę i herbatę. Amin rozmawia z nią wymieniając aktualne wiadomości o sobie i rodzinie. Babcia niestety nie odpowiada na moje pytania - chyba nie wypada jej rozmawiać z obcym mężczyzną. Zgadza się chętnie na zrobienie zdjęcia. Po półgodzinnym pobycie Amin dziękuje za gościnę i wychodzimy. W domu nie ma obecnie mężczyzn. Może to jest powodem tak krótkiej wizyty. Na do widzenia babcia serdecznie zaprasza mnie, abym następnym razem będąc w Suwayda na pewno ich odwiedził.

 

Kierujemy się ku centrum miasta. Potem spacerujemy willową dzielnicą we wschodniej części Suwayda. Około godziny 19 na ulicach pojawiają się mężczyźni i kobiety ubrane w czerń ze śnieżno białymi nakryciami głowy. W miarę narastania tego zjawiska zacząłem wypytywać Amina, co się dzieje. Odpowiedz brzmiała: „Czwartek jest dniem Madżlis - spotkań w wyznaczonym miejscu ludzi wtajemniczonych religijnie.” Dziwne więc było to, iż Druzowie owi zmierzali w różnych kierunkach i to najczęściej w parach. Korzystając z okazji poprosiłem Amina aby spytał jedną z przechodzących par, czy mogę zrobić im zdjęcie. Druzowie bez słowa przystanęli, zrobiłem zdjęcie, bez słowa odeszli. Amin nie potrafił, lub nie chciał powiedzieć, gdzie mieszczą się domy modlitwy.

 

W piątkowy poranek ruszyliśmy wynajętą przez rodzinę Amina taksówką w góry. 15 kilometrów od Suwayda ojciec kolegi ma działkę ok. 1 hektara, gdzie uprawia wiśnie i jabłka. Stoi tam też sporych rozmiarów domek mogący służyć z powodzeniem jako całoroczne mieszkanie. Rodzice Amina zaraz po przyjeździe zabrali się do swoich prac a my wyruszyliśmy na spacer po sadzie i sąsiednich uprawach. Amin użalał się nad zacofaniem swoich rodziców. Reguły gry rządzące zachowaniem społeczności Suwayda drażniły młodego inżyniera informatyki od dawna przebywającego w Damaszku. Przyznał, iż chętnie mieszkałby w Suwayda, z rodzicami i dojeżdżał do pracy w Damaszku, byłoby taniej, ale jest to niemożliwe. Rodzice nie pozostawili mu żadnej autonomii. Podległość młodych woli starszych jest u Druzów zasadą niepodważalną. Amin docenia na przykład plusy posiadania ziemi, ale pyta, dlaczego każdy musi być z nią związany. Boi się także, że gdy pokocha dziewczynę nie będącą Druzyjką, jego kontakty z rodzicami zanikną całkowicie. Ojciec oczywiście nie zaakceptuje takiego związku.

 

Wieczorem, przed powrotem do Damaszku, odwiedziliśmy wujka Amina ze strony ojca. Dom ok. 300 m2 znajdował się w centrum miasta. Zamieszkiwały go trzy rodziny. Dziadek, ok. 75 lat, przywitał się ze mną a następnie usiadł w kącie pokoju gościnnego. Siedział tam nie odzywając się do końca wizyty. Dwa razy jedynie zaproponował kawę i rozlał ja do małych filiżanek.

Wujek rok temu wrócił z Moskwy gdzie prowadził interesy. Przebywał tam z przerwami 12 lat. W Rosji nie zrobił dużej fortuny. Dobry zarobek pierwszego okresu pobytu w Moskwie został zużyty na pokrycie strat ostatnich niepomyślnych lat. Wujek otwarcie, ze śmiechem opowiada, że warto było spróbować życia za granicą, ale nie ma sensu marnować tam czas prowadząc gorsze życie niż w Syrii. Teraz otworzył sklep w centrum miasta i wiąże z nim duże nadzieje. Wujek nie nosi białego nakrycia głowy ani czarnych ubrań. Jest niewtajemniczony w religii.

Obecność babci i żony wujka oraz dzieci uniemożliwia przeprowadzenie swobodnego, szczegółowego wywiadu. Żegnamy się, po czym idziemy z wujkiem do centrum miasta, do sklepów jego przyjaciół.

 

 

Golan. Wioska Hudur

 

 

Na wzgórza Golan, w poszukiwaniu Druzów wybrałem się w porze zbioru fig, w październiku 1999 roku. Wioskę Hudur wybrałem w związku z jej oddaleniem od głównych dróg. Nie dostawszy wcześniej wspomnianego pozwolenia z Urzędu Bezpieczeństwa na wjazd na te tereny, postanowiłem spróbować dotrzeć tam nielegalnie. Jedynym możliwym sposobem uśpienia czujności strażników na punktach kontrolnych było upodobnienie się do żołnierzy ONZ. Skróciłem włosy, ubrałem zielone spodnie, szary T-shirt i buty traperskie a do torby włożyłem niebieską czapkę ONZ z herbem tej organizacji, którą pół roku wcześniej dostałem od polskich żołnierzy stacjonujących na górach Golanu. Udało się. Bez kłopotu wjechałem do Hudur salutując przez okno młodym syryjskim wojakom na dwóch przejściach kontrolnych.

Dojeżdżając do Hudur poprosiłem kierowcę busa aby wysadził mnie na początku wsi. Pierwszych napotkanych ludzi spytałem o kogoś, kto mógłby opowiedzieć mi o mieszkających tu Druzach. Wieśniacy zastanawiali się dłuższą chwilę, po czym skierowali mnie do sołtysa, pana Nur ad-Din. Jego dom znajduje się w centralnej części wsi. Parterowy budynek obrasta winorośl, która w okolicach schodów wejściowych tworzy piękny baldachim ze zwisającymi kiśćami dojrzałych owoców.

 

Sołtys wyraźnie jest niezadowolony z mojej wizyty. Oschło zaprasza na taras. Żona przynosi kawę. Jego zachowanie tłumaczę sobie tym, że jesteśmy na Golanie i wszyscy mają tu dosyć kłopotów a moja wizyta będzie musiała być odnotowana na pewno w raportach sołtysa do syryjskich SB. Próbuję rozluźnić atmosferę opowiadając o moim studiowaniu w Instytucie Języka Arabskiego w Damaszku, o pracy, którą piszę na temat Druzów i, że z tego powodu odwiedzam ich w całej Syrii. Pan ad-Din zgadza się na krótki wywiad mówiąc na wstępie, że on nie jest przywódcą religijnym dla wsi, ale tylko sołtysem mianowanym przez Państwo Syryjskie.

 

 

Oto, co dowiedziałem się:

 

 

Ma trzech synów, z czego dwóch jest żonatych. Najstarszy ma sklep, młodszy jest urzędnikiem a najmłodszy kierowcą. Obecnie mężczyźni we wsi żenią się w wieku 30-35 lat. Wcześniej wiek ten zaczynał się od 25 lat. Na 20 arach uprawia jabłka, wiśnie, oliwki, figi i trochę zboża. Wieś liczy 7000 mieszkańców. Bardzo mało młodzieży osiedla się w Damaszku. Po skończeniu szkół wracają do rodziny i wiążą się z ziemią.

Wieś Hudur utrzymuje silne kontakty z Druzami zamieszkującymi część Golanu okupowaną przez Izrael. Powodem są powiązania rodzinne.

 

Jeżeli chodzi o współżycie z maronitami, to w związku z dużymi problemami w przeszłości obecne kontakty ograniczają się do niezbędnych formalności takich, jak powiązania w sprawowaniu władzy państwowej, sąsiedztwo itp. Sołtys jest po inicjacji w religii Druzów. Tłumaczy jednak, iż ludzie w jego wieku niewiele wiedza o religii i on nie pomoże mi w tej kwestii, ale zaprowadzi mnie do Szejcha wsi pana Mahammad.

 

Idziemy w górę wsi przechodząc obok biednych domostw. Sołtys idzie pierwszy, powoli. Przyciskając prawa rękę do piersi pozdrawia w ten sposób mijających nas ludzi. Ulice wylane betonem, szare zabudowania, metalowe drzwi prowadzące do każdego z domów oraz wszędzie widoczne ubóstwo przytłaczają mnie. 

Dom Szejcha nie różni się niczym szczególnym od pozostałych domów we wsi. Dłuższą chwilę czekamy pod drzwiami zanim pan Mahammad wpuszcza nas do środka. W tak skromnie urządzonym mieszkaniu jeszcze nie byłem od początku mojego pobytu w Syrii. Surowe ściany klatki schodowej dawały przyjemny chłód, ale w żaden sposób nie zachęcały do przebywania w ich towarzystwie. Prowadzony przez Szejcha do pokoju gościnnego przechodzę obok kuchni, czyli pomieszczenia z kuchenką gazową, trzema szafkami i workami pełnymi warzyw leżącymi na ziemi pod oknem. Korpulentnie zbudowana, na czarno ubrana starsza kobieta obierała cebulę.

W pokoju gościnnym, ok. 30 m2, stała na wysoki połysk wylakierowana witryna wypchana po brzegi porcelaną i różnego rodzaju szklanymi naczyniami. Na środku leżał dywan a pod ścianami pokrytymi zieloną olejną farbą położone były materace a na nich poduszki. W rogu przy oknie, na metalowym stoliku umieszczono telewizor.

Szejch wyznaczył nam miejsca i sam też usiadł. Bardzo sympatyczny, starszy człowiek uśmiechał się ciągle mrużąc załzawione i mętne oczy. Z racji tego, że był trochę głuchy sam mówiąc prawie krzyczał. Często korzystałem z pomocy sołtysa w odszyfrowywaniu tego, co mówił Szejch. Mahammad posługiwał się tylko dialektalną formą języka arabskiego. Mówił szybko i niewyraźnie. 

 

 

Oto, co udało mi się zapisać:

 


Szejch ma 101 i pół lat.

Wychował sześciu synów i pięć córek. Wszyscy mieszkają we tej wsi i są ludźmi religii.

Chwalił się, że walczył z Turkami i Francuzami za wolność i wiarę islamu.

Szejch nie wie skąd pochodzą Druzowie, ale do Syrii przybyli z Libanu.

Nazwa Druzowie pochodzi od imienia Darazi. Był on wysłannikiem myśli Hakima na ziemie syryjskie, ale w trakcie podróży głosił nieprawdę, dlatego Druzowie nie lubią tej nazwy.

Nazwa Muwahhidun: na początku ci, co wysławiali Boga i oddali się mu bezgranicznie ciąłem i rozumem nazwali się Muwahhidun bo byli zjednoczeni z Bogiem.

Nazwa Beni Maaruf: pochodzi od tajemnicy i od czystości moralnej życia społeczności. Szejch powiedział jeszcze parę zdań na ten temat, ale nic z nich nie zrozumiałem. Sołtys na moje prośby o pomoc w przetłumaczeniu powiedział, że słowa Szejch są bardzo niejasne i sam ich nie zrozumiał. Turcy i Francuzi próbowali rządzić Druzami a ci nie byli liczni w tym czasie więc osiedlili się w górach, które dały im schronienie.

Madżlisy. Jako Dżahil (niewtajemniczony, niewierny) mógłbym wejść do domu modlitwy i wysłuchać wprowadzenia. Dalsze części zrozumiałe są tylko dla wtajemniczonych w religię druzyjską. Czy Hakim był Bogiem czy Prorokiem? Odpowiedz: Hakim był jednością. Jedź do Suwayda, do Szejch Dżarbu, on powie ci prawdę o wierze. Spytaj go o nasz sztandar i prawo druzyjskie.

Starzec zmęczył się a sołtys dawał mi znaki ręką aby już skończyć. Dopiliśmy zimną Pepsi, którą przyniósł nam mały chłopiec w trakcie rozmowy. Kawy nie zaproponowano.

 

 

Przedmieścia Damaszku

 

 

Jeden z moich przyjaciół Palestyńczyków zamieszkujących Muchayyam Yarmuk zaproponował mi spotkanie z jego znajomym, wydawcą książek, doktorem historii mieszkającym i pracującym w dzielnicy Dża Rumana. Doktor wygląda na człowieka zamożnego. Jego zachowanie było swobodne, ubierał się całkowicie według stylu europejskiego. Naszej rozmowie przysłuchiwały się jego dwie córki. Czasami wyrażały swoje zdanie używając czystego literackiego języka arabskiego. Wszystkie trzy studiowały na Wydziale Historii Uniwersytetu w Damaszku. Uczyły się dodatkowo, prywatnie języka angielskiego i francuskiego. Doktor Madzid przyjął nas w swoim gabinecie. Siedząc dumnie za masywnym biurkiem opowiadał chętnie o sobie i Druzach.

 

Oto, co dowiedziałem się: Doktor nie żyje w dobrych kontaktach z Druzami. Studiował i pracował w Moskwie skąd pochodzi jego żona. Matka jego córek nie jest Druzyjką więc one nie są Druzyjkami.

Na temat religii wie dużo, ale zawsze traktował ją naukowo i nigdy nie czuł się związany duchowo.Druzowie, jego zdaniem, pochodzą od tego samego rdzenia etnicznego co Arabowie, ale są tacy, co twierdzą, że Druzowie pochodzą z Persji.Hakim w religii druzyjskiej jest Bogiem. Przez niego Bóg objawił się ludziom i przez niego powróci na Ziemię w dniu sądu ostatecznego.Doktryna druzyjska jest religią, ale mieści się w ramach islamu (na moje pytanie jak to możliwe odpowiedział, że trzeba być mądrzejszym od nas dwóch razem wziętych). Odłamem islamu ważnym dla Druzów są ismailici.Takammus Druzów różni się od ismailickiego przede wszystkim tym, że dusza niezależnie od osądu Boga wraca zawsze do ciała ludzkiego a nie tak, jak u ismailitów, u których dusza potępiona powraca na Ziemię w ciało zwierzęcia.

 

Inicjacja religijna w Libanie następuje w 15-20 roku życia. W Syrii Druzowie poznają tajemnice religii w 55-60 roku życia, kiedy to człowiek zaczyna myśleć o Bogu.

Obecnie młodzież druzyjska w Syrii nie interesuje się w ogóle religią. Jest to wynikiem powszechnej, bardzo silnej ateizacji.

Prorok Muhammad był w jednej ze swoich reinkarnacji na Ziemi wcieleniem szatana. W tym czasie bardzo źle wpływał na społeczność druzyjską.

Dla Druza podstawową sprawą na tym świecie jest ziemia, rolnictwo. Ktoś, kto pracuje w innej dziedzinie niż rolnictwo nie ma poważania w tradycyjnej społeczności druzyjskiej.

Księgi Druzów nie są niczym oryginalnym. Są zbiorem mądrości z różnych religii. Kiedyś były tajne, ale teraz można je przeczytać w bibliotekach europejskich.

Nie ma jakiegoś jednego zgromadzenia generalnego dla Druzów z całego świata. Liban uważany jest za centrum religijne. Suwayda też jest ważnym ośrodkiem społeczności druzyjskiej

 

 

Suwayda po raz drugi

 

 

Tym razem do Suwayda zostałem zaproszony przez pana Zijar al-Yasin, szefa Związków Zawodowych Nauczycieli w Syrii. Jego rodzina pochodzi z Suwayda. On mieszka w Damaszku od czasów studiów. Należy do Komunistycznej Partii Syrii. Jest Dżahil i w ogóle nie interesowały go rozmowy o religii. Druzów określał mianem mniejszości religijnej a nie narodowościowej. Podkreślał, że mają równe prawa tak, jak wszyscy obywatele Syrii. Żywo opowiadał o dużym udziale Druzów w powstaniu Partii Baas. 

W związku z nadchodzącą siedemdziesiąta rocznicą powstania Partii Komunistycznej pan Zijar zaproponował mi uczestnictwo w Zjeździe Komunistów w Suwayda, który odbędzie się w Centrum Kulturalnym, w wynajętej sali kinowej.

Dyrektorem Centrum Kulturalnego w Suwayda był doktor Fandi Abu Fachr, Druz, historyk z wykształcenia. Otwierając drzwi gabinetu dyrektora wszedłem do obszernej, dobrze nasłonecznionej sali. Oprócz jego biurka znajdował się tu także duży stół konferencyjny, kilka luźno, pod ścianą postawionych wygodnych foteli. Wzdłuż pomieszczenia ciągnął się bordowy dywan. Dyrektor został uprzedzony o moim przyjeździe więc zarezerwował w harmonogramie pracy cały dzień na spotkanie ze mną. Dyrektor w rozmowie zachowywał pewien dystans, jak sadzę, ze względu na sprawowaną funkcję, którą pełnił od 1986 roku. W dojściu do tak wysokiego stanowiska w Suwayda pomogła mu przynależność do Partii Baas oraz stopień doktora nauk humanistycznych.

 

Oto, co dowiedziałem się w trakcie spotkania:


Dyrektor pochodzi z małej wioski pod Suwayda.

Ma 48 lata.

Napisał pracę doktorską o historii Dżabal al-Arab w latach 1840-1918 wydaną w Dar al-Madżid w Damaszku

Żona jego jest Druzyjka. Pracuje jako nauczycielka w szkole podstawowej.

Ma jedną córkę i trzech synów. Najstarszy syn zdaje maturę w tym roku, młodszy zdaje ją za rok a najmłodszy jest obecnie w ósmej klasie szkoły podstawowej. Córka studiuje w Instytucie Mechaniki w Damaszku.

Nie inicjował się w religii i nie zamierza tego czynić w przyszłości

O wejściu do religii w dużej mierze przesądza presja rodziny. Jego rodzina nie nalegała na to choć ojciec i matka są Ukkal1.

Dyrektor mówi, że wszystkie Księgi Druzów są ogólnie dostępne w Libanie. Sam jest zdania, iż w obecnych czasach wolności myśli i wyznania nie ma sensu ukrywanie tych Ksiąg. Tworzenie tajemnic wokół wiary Druzów przez nich samych prowadzi do spekulacji na ich temat, pomówień oraz nieprawdziwych teorii.

Oficerowie druzyjscy służący w wojsku izraelskim są potępieni przez społeczność druzyjską. Jest ich bardzo mało więc nie stanowi to problemu czy tematu rozmów w społeczności.

W Syrii, w regionach zamieszkałych w większości przez Druzów władzę polityczną sprawują przedstawiciele tej społeczności. Zdarza się, że Druzowie pełnią funkcje wojewodów w regionach, z których nie pochodzą.

Chorągiew Druzów przedstawia pięć kolorów. Każdy z nich ma oddzielne symboliczne znaczenie:

A. Kolor zielony - nawiązuje do zielonego koloru Arki Noego.

B. Kolor czerwony - nawiązuje do koloru ognia i religii Mojżesza.

C. Kolor żółty - nawiązuje do koloru światła spływającego na Jezusa, kiedy ten rozmawiał z Bogiem.

D. Kolor niebieski - także wskazuje na Jezusa, który zmienił kolor nieba z czarnego na niebieski.

E. Kolor biały - nawiązuje do białego koloru imama, który nosił Muhammad. Kolor ten oznacza pokój.

Dyrektor silnie zaznaczył, iż Druzowie powiązani są dogmatycznie z ismailitami, ale nie czczą ich imamów.

 

O godzinie 12 pan Fandi zaproponował mi wspólny obiad, na który zostaliśmy zawiezieni przez osobistego kierowcę dyrektora. W restauracji szef Centrum Kulturalnego Suwayda został serdecznie powitany przez obsługę. Kelner wskazał nam stolik już zastawiony dwoma talerzami ze świeżymi warzywami oraz dzbankiem wody. W rogu sali, przy dużym stole siedziało ok. piętnastu mężczyzn. Głośno rozmawiali. Pili alkohol. Pan Fandi trochę był zmieszany tym towarzystwem. Po chwili wytłumaczył, że panowie świętują podpisanie kontraktu budowlanego na remont szkoły. Spytałem tylko czy oni są Druzami. Odpowiedz była twierdząca. Każdy z nich widząc dyrektora ukłonił się, ale wrzawa nie ustała. W czasie obiadu rozmawialiśmy głównie o mojej rodzinie, studiach, planach na przyszłość. Dyrektor nie był tak oficjalny jak wcześniej, w biurze. Siedząc z nim nie czułem żadnych różnic kulturowych. Jadł, rozmawiał, interesował się tymi samymi rzeczami, co np. mój ojciec. Nigdy nie wyjechał za granicę. Wcześniej nie było go stać a obecnie ma zbyt dużo obowiązków zawodowych. Zaznaczył, że będzie się starał aby jego dzieci odbyły praktyki zagraniczne. Centrum ma dużo kontaktów z Francją i Stanami Zjednoczonymi.

W drodze powrotnej do biura pan Fandi zaproponował mi swoja pomoc w zorganizowaniu spotkania z Szejchem al-Akl w Suwayda panem Dżarbu.

 

 

Rezydencja Szejcha Dżarbu

 

 

O godzinie 15.30 dowieziono mnie pod drzwi okazałego domu a raczej kamienicy z bramą wjazdową po środku. Na dziedzińcu stały trzy duże amerykańskie samochody w stylu lat siedemdziesiątych. Drzwi otworzyła starsza kobieta w czerni wpuszczając mnie do obszernego pomieszczenia, które sadząc po wyposażeniu, było pokojem gościnnym. Ok. 60 m2, podłoga wyłożona płytkami kamiennymi, ściany od góry do dołu pomalowane białą farbą olejną, pod ścianą znajdowały się proste siedziska wyłożone dywanikami ze szlachetnej wełny, w rogu stał mały mosiężny stolik a na nim zestaw stylowych arabskich czajniczków do kawy. Wymieniliśmy między sobą grzecznościowe formułki i kobieta wyszła. Po chwili wszedł Szejch. Drobny, starszy człowiek szeroko uśmiechając się zaprosił mnie do gabinetu. Szejch posiadał tą samą charyzmę co wysoko postawiony duchowny kościoła katolickiego. Był ciepły, serdeczny, powoli i spokojnie mówił, potrafił słuchać i był nad wymiar zadbany zewnętrznie.

 

Szejch onieśmielał mnie. Bałem się zadawać pytania zwłaszcza dotyczące religii czując, że narażę go na mówienie nieprawdy. Wiedząc, iż jako wysoki dostojnik druzyjski będzie musiał udzielać politycznie poprawnych odpowiedzi.

Oto, co udało mi się zanotować podczas krótkiego spotkania.

 

Szejch pochodzi z Suwayda.Ma 75 lat. Ukończył szkoły religijne w Suwayda. Przed wyjazdem do Wenezueli w 1949 roku uczył w kilku szkołach regionu Dżabal al-Arab. W Wenezueli otworzył między innymi stację benzynową i zajmował się szeroko pojętym handlem. W roku 1965 wrócił do Suwayda, do umierającego ojca. Niedługo po tym został Szejchem al-Akl. Wszystkie jego dzieci szczęśliwie weszły w związki małżeńskie. Mieszkają z rodzinami w Wenezueli, w Emiratach. Pozostali w Suwayda.

Szejch nie zachęca swoich dzieci do inicjacji w religii druzyjskiej. Musi to być ich dojrzały, samodzielny wybór. Dwóch synów wtajemniczyło się już w religię. Córka z mężem przebywająca w Wenezueli także są po inicjacji.

Religia nie powinna być najważniejsza w życiu człowieka a jeżeli tak jest, to prowadzi to często do wojen domowych, które widzimy obecnie w Algierii lub Afryce.

W Syrii, w pięciu województwach jest 340 małych ośrodków religii druzyjskiej.

Na pytanie o oficerów druzyjskich w wojsku izraelskim odpowiada, że nie ważny jest rząd państwa, ale kraj, w którym się żyje i trzeba robić wszystko aby wygodnie w nim żyć. Jeżeli Druz ożeni się z dziewczyną z poza społeczności druzyjskij, zostaje wykluczony z religii i już nie może do niej powrócić, nawet gdy się rozwiedzie. Poza tym żadnych innych konsekwencji nie ma.

 

Jedyna zasadniczą różnicą miedzy muzułmanami a Druzami jest różnica w liczbie żon.

Księgi Druzyjskie zostały wydane jako tanie książki w Libanie aby zdyskredytować społeczność druzyjską poprzez ujawnienie rzekomych tajemnic. Najczęściej czytaną świętą księgą u Druzów jest Koran. Od 35 lat zna osobiście Prezydenta Asada. Pięć kolorów na sztandarze druzyjskim nie ma szczególnego znaczenia. Opowiada ironicznie o pięcioramiennej gwieździe Chińczyków i pyta o jej znaczenie. Druzowie przybyli z Jemenu do Aleppo a stamtąd do Libanu i Syrii.

Na pytanie o to, czy Druzowie są Arabami Szejch odpowiedział po namyśle: „Druzowie należą do kultury krajów arabskich chociaż pisarze syryjscy oraz głównie francuscy umniejszają rolę Druzów w historii Syrii.”

 

Szejch z naciskiem mówił o potrzebie ciągłego rozwoju wewnętrznego i zewnętrznego. Życie ziemskie godne jest zainteresowania. Człowiek jest wolny i powinien nieustannie myśleć o przyszłości. Po 45 minutach spotkania Szejch wstał zza biurka oznajmiając, że ma wieczorem spotkanie w interesach, do którego musi się jeszcze przygotować. Żegnając się wziął mnie w ramiona. Byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem poznać jednego z przywódców druzyjskich i że okazał się osobą wybitną, ciepłą i otwartą na świat. 

 

 

Okolice Aleppo

 

 

W poszukiwaniu Druzów tym razem wybrałem się w okolice Aleppo. W kierunku granicy z Turcją, w górzystych regionach znajduje się 12 wsi zamieszkałych przez mniejszość druzyjską. Najsłynniejszą wioska w okolicy jest Kalb Luza. Tutaj turyści znajdą wczesnochrześcijańskie zabytki sztuki sakralnej oraz ruiny osady romańskiej.

Do Kalb Luza dotarłem o godzinie 10 w piękny, słoneczny, październikowy dzień. Słonce o tej porze roku nie jest tak intensywne jak latem więc po wsi biegało dużo dzieci, spacerowali dorośli. Bieda i brud. Byłem zaskoczony poziomem i sposobem życia mieszkających tu ludzi. Pierwszy raz spotkałem się z taką natarczywością dzieci, które próbowały sprzedać mi ręcznie haftowane serwetki, lub po prostu żebrały o parę lirów. Dorośli, z którymi próbowałem nawiązać kontakt nie wykazywali żadnego zainteresowania. Odwracali się i odchodzili bez słowa. Czułem się bardzo nieswojo w tym miejscu. Postanowiłem ruszyć dalej w kierunku wsi Banabil. Piękna pogoda przekonała mnie, aby dystans 6 kilometrów pokonać na piechotę. Podziwiałem górzyste krajobrazy. Wdychałem powietrze o zapachu zboża i gajów oliwkowych.

Po przejściu 2 kilometrów na drodze spotkałem starszego pana prowadzącego powoli białego osła. Serdecznie odpowiedział na moje pozdrowienie. Zdziwił się, dlaczego nosze tak duży plecak i nie jadę busem. Wziął ode mnie plecak, objuczył nim osła informując, że także zmierza w kierunku Banabil. Tam są jego pola.

Starszy pan przyznał się, że nie umie pisać ani czytać po arabsku więc nie pomoże mi w zapisaniu swojego nazwiska. Miał 60 lat, czterech synów, dwie córki. Jeden z synów ożenił się i zamieszkał w Libanie. Sulayman posiada 50 arów ziemi, na której uprawia oliwki i zboża. Chwali się dużym eksportem zbóż z tych regionów do Arabii Saudyjskiej. Przywołuje Prezydenta Asada jako dobrego przywódcę, opiekuna Druzów i promotora rolnictwa. „Obecnie nie maja się czego bać” mówi Sulayman. Na moje pytanie, dlaczego Druzowie żyją zawsze na uboczu w górach odpowiedział, że przecież w górach jest najpiękniej a poza tym, przybyli do Syrii w niespokojnych czasach więc woleli ukryć się. Suleyman powiedział, że Druzowie przybyli z Iraku i Persji do Libanu a później Syrii, ale obecnie najwięcej ich żyje w Indiach – Druzowie są wszędzie na ziemi a najwięcej jest ich tam, gdzie mieszka dużo ludzi. Każda wioska, jak mówi Suleyman, posiada swojego Szejcha. Ten najważniejszy urzęduje w Suwayda. Sam Suleyman nie inicjował się w religii.

 

Wioska Banabil nie różniła się dużo od Kalb Luza. Proste parterowe budynki z pustaków i kamienia, betonowa droga a na niej rozrzucone odchody owiec i kóz. Wszystko to nie zachęcało do kontaktu z mieszkańcami tego miejsca. Usiadłem na murku przy drodze, wyciągnąłem z plecaka butelkę z wodą i zacząłem się zastanawiać czy warto było tu przyjeżdżać. Na drodze zaczęli pojawiać się ludzie, w większości dzieci. Podchodziły z zaciekawieniem a po chwili wybuchały śmiechem słysząc mój nieudolny język arabski. Spytałem je odważnie czy są Druzami. Dzieci nie odpowiedziały, ale podszedł do nas wysoki mężczyzna mówiąc, że we wsi panuje islam a Druzów tu nie ma. Wstałem z zamiarem ruszenia w dalszą drogę. W tym momencie z zabudowań obok wyszedł starzec ubrany w tradycyjny druzyjski strój. Popatrzyłem z ironicznym uśmiechem na wysokiego mężczyznę pytając, kto to jest. Odpowiedział, że to islam, że to tradycyjny strój na wsi. Poprosiłem o spotkanie z sołtysem wsi.

 

Abu Hatim ma 55 lat, dwóch synów i pięć córek. Jest po inicjacji religijnej. Sołtysem jest od 10 lat. Funkcję te sprawuje z ramienia państwa i nie ma ona nic wspólnego ze struktura społeczną Druzów.Przez pierwsze pół godziny spotkania musiałem odpowiadać na pytania sołtysa o celu mojego przyjazdu. Odczuwał wyraźny strach przed rozmową ze mną. W międzyczasie przyszedł do sołtysa inny mężczyzna, którego później przedstawiono jako bratanka. Spotkanie odbyło się na terenie zagrody sołtysa. Na ogrodzonej murkiem z kamieni działce ok. 500 m2 stał dom, stajnia oraz mały budynek o wymiarach ok. 6 metrów na 8. Pierwszy raz spotkałem się z pomysłem umieszczenia izby dla gości w oddzielnym budynku. Poza dywanami żadnych innych udogodnień tu nie było. Wraz z przybyciem bratanka sołtysa atmosfera rozluźniła się. Mówił czysto arabskim literackim językiem, co ułatwiło mi kontakt z dwoma pozostałymi mężczyznami. Nasif, tak miał na imię bratanek, ukończył technikum samochodowe w Aleppo a obecnie prowadzi sklep spożywczy w wiosce i pomaga ojcu w uprawie ziemi. Ma dwoje dzieci. Nasif tłumaczył mi strach tubylców przed kontaktem z obcymi tym, że Druzowie w tym regionie żyją od wieków na uboczu broniąc swojej ziemi. Władza obecna stosuje także politykę zastraszenia. Łatwo trafić do więzienia choćby tylko na podstawie pomówień. Zwłaszcza obcokrajowiec nie zrozumiawszy czegoś do końca mógłby to powtórzyć dalej przynosząc nieszczęście do wioski.

 

Słysząc to opowiedziałem gospodarzowi o moich podróżach po Syrii w poszukiwaniu Druzów, o moich kłopotach, o tym, że przebywam w Syrii prawie rok i rozumiem realia życia w tym państwie. Nigdy nie nalegałem na odpowiedzi, których Druzowie nie chcą, lub boją się udzielić. Interesują mnie podstawowe zagadnienia życia Druzów. Cieszę się najbardziej z tego, co Druzowie sami, bez moich pytań mówią o sobie – wtedy dowiaduję się chyba najważniejszych rzeczy.

Wysoki mężczyzna zaczął opowiadać o małym wpływie religii obecnie na życie mieszkańców regionu. Młodzi wyjeżdżają do miast, chcą żyć nowocześnie. Macha ręką z pogardą mówiąc: „Religia jest dla dziadków.”

Sołtys z bratankiem chcąc obrócić jego słowa w żart mówili, że on nie ma żony i przez to nie ma Boga w sercu. Jest jeszcze nie dojrzały. Do końca mojej wizyty wysoki mężczyzna już prawie się nie odzywał.

Córki sołtysa przyniosły posiłek. Głównie warzywa, laban, chleb, hummus i ryż z mięsem baranim zawiniętym w liście krzewu porzeczki. Lekki, ale pożywny posiłek rozluźnił ciągle zbyt oficjalną rozmowę.

 

Oto, co udało mi się spisać z dalszej części rozmowy:


Druzowie mieszkają w tym regionie od prawie 1000 lat.

Przybyli do Syrii i Libanu z południa, z krajów, gdzie umiano uprawiać ziemię.

Religia druzyjska wywodzi się z islamu a jej początek sięga do Egiptu.

Hakim jest najważniejszy dla Druzów ale informacje o nim uzyskam tylko od Szejcha al-Akl.

Główny Szejch regionu mieszka we wsi Kiftin i nazywa się Talal Ghamr ad-Din.

Podstawową siłą religii druzyjskiej są silne więzy łączące jej członków. Druzowie to jedna wielka rodzina, której liczba członków jest stała od początku świata i nie zmieni się do czasu Sądu Ostatecznego.

Koran należy do Świętych Ksiąg Druzów.

Suwayda jest centrum druzyjskim Syrii ponieważ mieszka tam Szejch al-Akl Dżarbu i dużo bogatych Druzów.

We wsi wszyscy powyżej 60 roku życia są po inicjacji religijnej.

Rodziny w Banabil wychowują od 3 do 10 dzieci.

Kobiety u Druzów mają więcej praw niż kobiety w społeczności prawa islamskiego.

Prawo dotyczące koligacenia Druzów sprawia, że ich krew jest zdrowsza niż w rodzinach muzułmańskich.

Druzowie spotykają się codziennie a raz w tygodniu, w wyznaczonym miejscu odbywają się nauki z różnym stopniem wtajemniczenia.

Każda wieś posiada miejsce spotkań.

Wszystko to, co piszą naukowcy o Druzach jest tylko po części prawdą. Druzyjska religia pozostanie tajemnicą do czasu Sądu Ostatecznego.

We wsi mieszka 500 osób. Uprawiają zboża i oliwki. Hodują owce, kozy i krowy.

Dużo dzieci jeździ do Aleppo do szkoły wyższej, ale jest to bardzo drogie, więc często wracają do domów przed zakończeniem nauki.

 

Wizytę musiałem zakończyć o godzinie 16 ponieważ później miałbym problemy z transportem powrotnym do Aleppo. O tej porze roku zmrok zapada szybko. Sołtys żegnając się napisał mi swój adres i kazał przysłać zdjęcia. Cieszyłem się, że poznałem tych biednych, ale ciekawych, żyjących swoim życiem ludzi.

 

 

Dżabal asz-Szejch. Ostatnia wizyta u Druzów

 

 

Upłynął prawie rok zanim wróciłem do podnóża Dżabal asz-Szejch. W Arna nastał czas zbiorów jabłek, śliwek, gruszek i winogron. Bogaty w dotychczasowe doświadczenia w kontaktach z Druzami ruszyłem śmiało w głąb wsi. W centrum Arna znajduje się plac wielkości boiska do gry w piłkę. Przystanąłem na środku i zacząłem się rozglądać po domostwach niedbale rozrzuconych wokół. Zamiar odwiedzenia jednego z nich wydawał mi się dobrym pomysłem. Wybrałem piętrowy dom z dużym tarasem. Zadbany ogród, estetyczna elewacja wyróżniały go z pośród innych. Zadzwoniłem do drzwi. Prawie w tym samym czasie drzwi otworzyły się. Przestraszyłem się tak szybkiej reakcji, ale nie mniej zdziwieni byli dwaj mężczyźni stojący w progu. Przedstawiłem się jak zwykle opowiadając o tym, co robię i o co ich proszę. Zamienili ze sobą parę zdań poczym młodszy, ubrany świecko powiedział, że za chwilę musi jechać do Damaszku, ale jego wuj, wskazał na mężczyznę w sile wieku, ubranego na czarno, zaprasza mnie do siebie. Poszliśmy w milczeniu na druga stronę wsi. 

Z tarasu domu pana Ahmada rozciągał się piękny widok na Dżabal asz-Szejch i całą wieś. Gospodarz poprosił żonę o talerz z owocami i kawę. Uśmiechał się, ale był zdenerwowany. Pokazałem mu pismo z Ambasady Polski oraz mój paszport, żeby spisał wszystkie dane w razie problemów ze strony służb bezpieczeństwa, które na pewno będą zbierać wywiad o mojej u niego wizycie.

Rozmowa nie trwała długo ponieważ gospodarz z dwoma synami musiał przygotować jabłka i śliwki, po które o godzinie 17 przyjadą kupcy z Damaszku. 

Oto, co dowiedziałem się podczas wywiadu:

Gospodarz ma 50 lat, sześć córek i trzech synów.

Najstarszy syn uczy się w Instytucie Informatyki w Damaszku. Mieszka z ojcem i dojeżdża, średni jest w ósmej klasie a najmłodszy w 7.

Mówiąc o edukacji synów bardzo chwali prezydenta Asada oraz państwo syryjskie kształcące dzieci za darmo.

Jest po inicjacji religijnej.

W Arna mieszka 5000 ludzi.

Druzowie pochodzą z Libanu.

Druzowie upodobali sobie górzyste regiony ponieważ zwłaszcza w początkowym okresie ich emigracji stanowiły one dobre schronienie. Region Syrii nękany był ciągle przez wojny i niepokoje wewnętrzne. Przez lata Druzowie wyspecjalizowali się w uprawie ziemi a zwłaszcza sadów. Do tego typu działalności żyzne, powulkaniczne górzyste tereny Syrii nadają się doskonale wiec teraz w epoce pokoju i stabilizacji politycznej Druzowie pozostają na swojej ziemi, w śród swoich gór.

Nie ma specjalnych nazw na poszczególne klasy społeczne u Druzów, ale zamożność wpływa znacznie na pozycję w hierarchii Druzów. Tak na przykład obok leży wieś Rima, która jest dużo biedniejsza więc automatycznie wtajemniczonych w religie Druzów znajdziemy tam dużo mniej niż w Arna.

Sam gospodarz wtajemniczył się niedawno i o religii nie chce się wypowiadać.

 

Po wyjściu od Ahmada spacerowałem godzinę po wsi i okolicach. Przejeżdżający obok małymi traktorami wieśniacy częstowali mnie płodami swojej ziemi. Rozmawiałem z nimi o tym, jak piękna i dostatnia jest ziemia syryjska. Wszyscy myśleli, że jestem żołnierzem ONZ. Obok na wzgórzach Golanu stacjonowała jednostka austriacka więc kiedy ja mówiłem o moim pochodzeniu z Polski, oni ze śmiechem odpowiadali, że wiedzą, że w Austrii też są góry jak tu. Nie widziałem sensu tłumaczenia im, na czym polega różnica między Polską a Austrią. Patrzyłem na ich uśmiechnięte twarze i upajałem się dobrym nastrojem.

 

Czekając na autobus wstąpiłem do mojego znajomego chrześcijanina, właściciela sklepu. Michaił nie poznał mnie, ale był tak samo sympatyczny jak ostatnim razem. Wyjaśniłem mu cel wizyty. Sklepikarz słysząc słowo Druzowie uśmiechnął sie i zaczął niezbyt pochlebnie opisywać tą wspólnotę.

 

Oto, co zanotowałem:

 

90% młodzieży uczy się tylko do 9 klasy.

10% idzie na studia, z czego 90% i tak wraca na wieś.

Rodzice robią wszystko aby dzieci związały się z uprawą ziemi, zostały tu, zakładały rodziny tylko z członkami sekty druzyjskiej.

Dziewczęta z tego regionu nigdy nie idą do szkół wyższych. W Suwayda tak.

W Arna wszyscy nauczyciele w szkole podstawowej są chrześcijanami.

Kobiety druzyjskie są ściśle przyporządkowane woli mężczyzny. Zakrywają twarze chustami.

We wsi najbogatszy Druz nie jest bogatszy od najbogatszego chrześcijanina.

Obecnie chrześcijanie z Druzami żyją w zgodzie choć w przeszłości zdążały się krwawe wojny.

Szejchem dla Arna jest Suleyman Kubul.

Ludzie nie lubią Druzów bo są bardzo zamkniętą społecznością. Utrzymują bliższe kontakty tylko między sobą.

 

Mikhail zachęcał, żebym kiedyś przyjechał odwiedzić chrześcijan w tym regionie. On będzie moim przewodnikiem i ugości mnie w swoim domu.

 

Trzy dni po wizycie w Arna wsiadłem do samolotu lecącego do Polski. Druzowie zamieszkujący Syrię zdawali mi się bliżsi choć ciągle tak mało o nich wiedziałem.